Jestem wielką fanką czerpania inspiracji z wszystkich możliwych dziedzin życia…

Niewyczerpanym źródłem nowych doznań są dla mnie służbowe (i nie tylko) podróże, z których zawsze przywożę jakieś ciekawostki.
Podobnie było tym razem!
Zwiedzając Muzeum Inkwizycji w kolumbijskiej Cartagenie natknęłam się na taki oto opis procesu inkwizycyjnego. Mimo, że moja znajomość hiszpańskiego jest dość średnia (eufemizm!) bez trudu dostrzegłam niewysłowioną wprost ilość analogii jakie łączą szkolenia które prowadzę w Nailash Academy z tym – bez wątpienia drastycznym i mrocznym – aspektem historii chrześcijaństwa.
Zobaczcie sami; to niemal ten sam rodzaj działalności!

  • Donos, zgłoszenie – w przypadku szkoleń z zakresu stylizacji, najczęściej mamy do czynienia z autodonosem. Odbieram telefon i słyszę: „Pani Paulinko, robię obrzydliwe bułki”. To sami Styliści czują, że coś jest nie tak. Widzą, że paznokcie nie wyglądają tak jak powinny; że istnieje problem z trwałością albo czasem pracy. Profesjonalista świadomy swoich ograniczeń i niedociągnięć sam czuje potrzebę pójścia „pod pręgierz” tak by doszlifować brakujące elementy swojego warsztatu. Choć bywa i tak, że denuncjatorem jest szefostwo, które wysyła do mnie swoich pracowników. Wtedy ewidentnie do mnie należy wybadanie czy rzeczywiście zarzuty są słuszne i uzasadnione.
  • Opis, ocena – to kolejny etap, który jest niezbędny do odpowiedniego zakwalifikowania Kursanta na szkolenie. Jako jedyna polska instruktorka (i jedna z bardzo nielicznych osób na świecie) od wielu lat prowadzę kursy codziennie. To szkolenia w 99% wypełniają mój kalendarz dlatego z każdym Stylistą muszą przeprowadzić odpowiedni wywiad – by przypisać go do odpowiedniego dnia treningowego. Nie wyobrażam sobie by prowadzić jednocześnie kurs techniczny i zdobniczy. Staram się też zawsze tak dobierać poziom zaawansowania studentów, by niekoniecznie spotykały się przy jednym biurku osoby całkiem zieloniusieńkie z zawodniczkami przygotowującymi się do mistrzostw (choć takie spotkania potrafią być szalenie inspirujące!).
  • Wezwanie do sądu – czyli ostatnie przygotowania do rozpoczęcia szkolenia! Bardzo ważne jest by na kursie uczestnicy pojawiali się wyekwipowani w podstawowe narzędzia do pracy.. czyli pędzle! Stylista bez pędzla to jak żołnierz bez karabinu. To jak dama bez bielizny.. chociaż.. nie zapędzajmy się aż tak bardzo! Grunt, że pędzel jest przyborem użytku osobistego i nie powinien podlegać pożyczaniu. Bardzo ważne jest także zapewnienia sobie świadka..przepraszam, modela! Na absolutnej większości prowadzonych przeze mnie kursów pracujemy na modelkach. Tylko taka praktyka pozwala rzeczywiście wynieść coś z kursu – tym bardziej, że kładę duży nacisk na powtarzalność. Na moich szkoleniach wykonujemy zawsze pełen set, czyli 10 paznokci.
  • Przesłuchanie – bardzo ważny element, kiedy wreszcie stojąc „oko w oko” ze studentem mogę przeprowadzić śledztwo. Wypytuję o doświadczenia, produkty, problemy, upodobania, preferencje, najbliższe plany.. nie ma dwóch takich samych kursantów; zawsze staram się podchodzić do nich indywidualnie. Tylko wtedy mam pewność, że w czasie kursu skupimy się na kwestiach rzeczywiście istotnych – a nie tylko na suchym programie wiszącym smętnie gdzieś na stronie internetowej.
  • Tortura – to oczywiście clou programu. Pięcio, sześcio, siedmio lub ośmiogodzinna praca która ma na celu obnażenie wszystkich błędów, wskazanie ich przyczyn i demonstrację tricków które pozwolą im w przyszłości zapobiegać. Oj, i tu bywa boleśnie. Wielokrotnie byłam świadkiem rzucania „k****” (wybaczcie, taka prawda), ataków płaczu, napadów złości, wybuchów entuzjazmu czy szału radości i łez totalnego wzruszenia i wdzięczności. Oj, przekrój emocjonalny mam niesłychany. I mimo, że udział w takim kursie jest męczący oraz fizycznie i psychicznie wykańczający to bezwzględnie uważam, że warto! Sami zobaczcie zdjęcia prac moich kursantów (najnowsze prace są pod koniec galerii
    https://www.facebook.com/paulina.pastuszak.50/media_set…).
    Oczywiście są tu stylizacje lepsze i gorsze.. Zdolności manualne i poznawcze to przecież kwestia indywidualna. Jeden załapie nowy chwyt pilnika w lot, a ktoś inny będzie musiał nad tym pracować tygodniami. Life is brutal! Ale wszędzie widać wielki wkład pracy, poprawność techniczną i staranność. I oto chodzi! To klucz do sukcesu! A po kursie tylko praktyka, praktyka, praktyka..!
  • Wyrok – to wisienka na torcie. Nie należę do instruktorów, którzy rozpływają się w zachwytach nad pracą Kursanta w myśl reguły „skoro płaci to wymaga” (w domyśle – pochwał). Z drugiej jednak strony jestem też przeciwniczką „samobiczowania” jakie uprawiają niektóre Kursantki. Bywa tak, że są z siebie TOTALNIE niezadowolone i wtedy moją rolą jest obiektywne wskazanie im mankamentów ale i dobrych stron stylizacji. Wyrok – zakończenie kursu – musi zatem zawierać podsumowanie wykonanej pracy: odesłanie do skryptu szkoleniowego, wypunktowanie mankamentów oraz wskazanie mocnych stron Stylisty. Tylko wtedy powrót do salonu i rozpoczęcie „pokursowych ćwiczeń” ma rzeczywiście racje bytu.

Uff. Tak bym to widziała.
Sami widzicie, że całokształt ma dość głęboki sens.
A może to tylko wynik jet lagu i totalnej gorączki, która mnie właśnie atakuje?

PS. Mam nadzieję, że potomkowie ofiar Świętego Oficjum nie poczują się urażeni..